Podam więc kilka aktualnych ogłoszeń.
1. Wszystkie powiadomienia, ogłoszenia i podobne informacje umieszczajcie w specjalnej zakładce o wdzięcznej nazwie "SPAM"(po prawej)
2. Siedziała godzinami nad szablonem i nie jestem zadowolona z efektu. Więc jeśli ktoś ma pojęcie o jakiejkolwiek formie grafiki (przyznaję się, że moje jest raczej średnie) i dysponuje czasem i chęciami serdecznie go proszę o pomoc. Z góry dziękuję.
3. Mam nadzieję, że polubicie tego bloga i historię Callie i z chęcią będziecie nas odwiedzać :)
Chcąc pisać nowy rozdział w życiu,
nie zapomnij napełnić pióra unikatowym atramentem.
Ulica Meeson St. budziła się do życia. Część mieszkańców po porannej kawie i lekkim śniadaniu wychodziła do pracy. Jakaś grupa siadywała w swoich altankach z gazetą w ręku, kilka wścibskich osób uporczywie wpatrywało się w podwórka swoich sąsiadów. Pod numerem pięć zaczynał się nowy dzień. Wysoki, trochę łysiejący mężczyzna, wcześniej pożegnawszy się z córką i synami właśnie wyjeżdżał samochodem z garażu, uśmiechnięta kobieta rozlewała sok do trzech kolorowych kubków. Z pokoju dochodziły dziecięce krzyki. Przez korytarz przebiegł rudy kot i do kuchni weszła uśmiechnięta dziewczynka z roztrzepanymi, brązowymi włosami.
- Cześć Mamuś, zrobisz mi warkocze?
- Zaraz, najpierw zjemy śniadanie. Zawołaj braci.
- Chris! Justin! Śniadanie! - krzyknęła dziewczynka, biorąc do dłoni jabłko.
- Tak to sama bym zawołała nie prosiłabym ciebie. Idź proszę do pokoju i ich zawołaj.
- No dobrze - westchnęła Callie leniwie podnosząc się z krzesła. Zaraz do uszu Sary dobiegły dzikie okrzyki i odgłosy przepychanek, aż w końcu po kilkunastu minutach w kuchni pojawiła się trójka rodzeństwa. Najmłodszy, blond włosy chłopczyk pocałował mamę, na co ta uśmiechnęła się do niego czule. Wyższy, o ciemniejszych włosach i dużych oczach z piskiem odsunął krzesło, jednocześnie przewracając łokciem kubek z sokiem.
- Callie daj mi ścierkę.
- Sam sobie weź.
- Ja już siedzę, a ty masz bliżej.
- Ale ja nie będę ci usługiwać.
- Lepiej daj mi tą ścierkę, bo powiem mamie, że ten gruby Frank się w tobie...
- No dobra, masz.
Chłopiec uśmiechnął się do siostry złośliwie. Doskonale wiedział, że znając jej sekret ma nad nią przewagę. No i doskonale potrafił tą przewagę wykorzystać.
Właśnie w tej chwili, gdy rzucali do siebie zawistne spojrzenia cos zastukało w okno.
- Co to jest? - zapytał Justin zrywając się z krzesła i podchodząc bliżej.
- To chyba sowa. - szepnęła Callie - Co ona tu robi?
Justin powoli unosząc rękę otworzył okno w brunatna sowa wleciała do kuchni i usiadła przed Callie.
Przestraszona dziewczynka drgnęła i odsunęła nieznacznie krzesło.
- Justin, weź ją. Co ona chce?
- Ty, Callie patrz, co ona tam ma - Justin wskazał na jej nóżkę. Faktycznie, sowa w swoich szponach trzymała zapieczętowany list. Chłopiec sięgnął po niego, ale sowa fuknęła, pomachała skrzydłami i przysunęła się bliżej Callie.
- Ej to chyba do ciebie. No dalej, weź go.
Callie niepewnie wyciągnęła rękę, jednak sowa nawet nie drgnęła, tylko patrzyła na nią swoimi wielkimi oczami. Gdy tylko ręka dziewczynki chwyciła list sowa poderwała się, zahuczała i wyfrunęła przez okno. Niepewnie przeczytała adres.
- Panna Camillia Joyce. Pokój na piętrze. Meeson Street. Londyn. Szkoła magii i czarodziejstwa Hogwart.
17 listopada
James znowu obściskiwał się z tą paskudną Violet. Co on w niej widzi? Chociaż nie powinno mnie to obchodzić. No, ale Rose, Teddy, Al i Lily też jej nie lubią. No, ale oni są jego rodziną, a ja nie. I może dobrze. Przynajmniej na wakacjach nie muszę widywać tego jego złośliwego uśmieszku. Czasami mam go dość. Ale dosyć o nim. Szkoda czasu i nerwów.
Tata napisał, że Justinowi się trochę poprawiło. Mam nadzieję, że ta cała chemia pomoże. Ale on jest uparty! Dużo lepszy, skuteczniejszy i szybszy byłby eliksir. Dlaczego on wszystkiego związanego z magią tak bardzo nienawidzi? Nawet, jeśli jest to dla niego dobre? Martwię się o niego. Nie wiem, co do niego napisać. Tęsknię za nimi, już nie mogę się doczekać świąt.
Chris pisał, że Paul codziennie o mnie wypytuje. Nie wiem, co robić. Przecież nie mogę mu tak po prostu powiedzieć, że nic z tego nie będzie, bo jestem czarownicą. Nie chcę stracić jego przyjaźni. Tylko jak mu to wyjaśnić? Jak sprawić, żeby nie liczył na nic więcej, żeby nie cierpiał. Nie przeze mnie. Nie mam pojęcia.
Nauczyciele powariowali, tylko w kółko słyszę o sumach. Mogliby już dać sobie spokój. Przecież wiem, że muszę je zdać. Nauki w cholerę, a w taką pogodę nie ma się ochoty na nic, nawet na randki.
A co do randek, Glen ciągle się na mnie patrzy. Tak, muszę przyznać, że jest przystojny, dość zabawny, da się z nim normalnie porozmawiać, nie jest dziecinny i nawet go lubię, ale zwyczajnie nie mam ochoty na jakikolwiek związek. Ja się po prostu do tego nie nadaję. Jestem jakimś wybrakowanym egzemplarzem, nie ma we mnie nic, co mogłoby kogokolwiek zainteresować. Choć może brzydka nie jestem, to za to jak to stwierdził wczoraj James „ z twoim charakterem nikt nie wytrzyma, jesteś jak modliszka, najpierw udajesz miłą, bawisz się ofiarą, a po tymi swoimi rączkami raz dwa i po sprawie, no i chłopak cierpi”. Może ma rację? Zresztą, wtedy się nad tym nie zastanawiałam, oczywiście dlatego, że musiałam się na nim odegrać. Co wywołało awanturę. Nasze krzyki słyszał chyba cały zamek, a nawet Hagrid. Nie wiem, dlaczego mi to on robi. Zazwyczaj się tym jego docinaniem nie przejmuje, ale czasami mógłby sobie odpuścić i dać spokój. Już po północy, a jutro dwie godziny historii magii. Jak ja nienawidzę tego przedmiotu! Do tego wszystkiego nie skończyłam, właściwie to nawet nie zaczęłam wypracowania o buntach goblinów i ich wpływów na historię mugoli. Może Rose mi pomoże? Bo jak nie to będzie źle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz